Strona:F. Antoni Ossendowski - Karpaty i Podkarpacie.djvu/143

Ta strona została skorygowana.

Nawet o niczym nie marzą ci pasterze beskidzkich połonin, chyba o „denaturce“ i zemście nad innym parobkiem, bo z wieczora pod oknami wypatrzonej w cerkwi dziewuchy chadzał jak wilk pod oborą... I tak przeminie w pijanej mgle i w mroku zwady ponurej koniec jesieni i zima. Ledwie jednak pokraśnieją pędy wierzb i na zgrzewku pierwsza bzyknie mucha — pastuch zbierać się zacznie na połoninną „gibłu dolu“, na Tarnicę, Bukowe Berdo, Halicz, Wysoki Wierch, pod Pikuj i Starostynę, a myśli o tym bez żalu i smutku, bez marzeń i nadziei, podobnie jak jego kundel kudłaty — nieufny zawsze.
Teraz zmienia się do gruntu życie pasterskie i szybko w przeszłość odchodzi. Wpłynęły na to szkoły, zarządzenia władz i posuwanie się zagród bojkowskich w głąb gór, a nawet na ich wysokie zbocza. Połoniny zaczynają się nieraz tuż za zapłotkami ludzkich siedzib, gdzie nie ma już miejsca dla dzikich pastuchów zawodowych. Pasącej się chudoby pilnuje ktoś z rodziny gazdy, czasem nawet — dziewucha lub stary, półślepy dziad, dawnym zwyczajem pokrzykujący na woły „biś-biś“, na konie — „ter-ter“.