Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/235

Ta strona została przepisana.

Wierzył w swój naród i kraj.
Widział przed sobą podobłoczny, spokojny, wspaniały lot Orła Białego.


ROZDZIAŁ XIX.

Na jesieni roku 1927-go w Genewie znowu roiło się od gości cudzoziemskich. Jednak, był to już inny tłum, niż ten, który zajmował wszystkie hotele i pensjonaty w r. 1913, gdy na cel dobroczynny odbywały się międzynarodowe popisy sportowe.
Przedewszystkiem zwracała uwagę przeważająca ilość turystów, przybywających z poza oceanu. Spotykano tu na każdym kroku Australijczyków, Anglików z Nowej Zelandji i południowej Afryki, obywateli Stanów Zjednoczonych, Kanadyjczyków, bogatych plantatorów z Brazylji, Argentyny i Wenezueli, poważnych Turków i Persów, tajemniczych Hindusów, milczących Japończyków, zmodernizowanych Chińczyków, a nawet mr. Kinga, wytwornego prezydenta murzyńskiej rzeczypospolitej Liberji.
W tłumie zamorskich gości znikały oblicza przedstawicieli europejskich państw. Wszędzie — w hotelach, kinematografach, kawiarniach, restauracjach, koncertach i w parkach spotykano barczyste, śmiałe postacie, pełne przedsiębiorczości i energji, oczy — jasne, — należące do anglo-sasów, i czarne — potomków konkwistadorów hiszpańskich i portugalskich.
Obok nich kroczyły ich żony i córki, a na uboczu trzymały się grupy kobiet już niemłodych, o twarzach poważnych, uduchowionych, a stroskanych.
Jakieś wiekowa pary małżeńskie, pochylone pod brzemieniem lat i dokonanego za młodu nadludzkiego nieraz wysiłku myśli i mięśni, zajmowały wspaniałe apartamenty w najdroższych hotelach. Dyrektorowie i służba kłaniali się im nisko, gdyż wiedzieli, że goszczą u siebie głowy potężnych dynastyj finansowych, przedsiębiorstw o nieograniczonych wpływach i nieprzebranych kapitałach.
Kręciły się wszędzie, podglądając, podsłuchując i węsząc te typy międzynarodowe, jakie spotkać można