Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/236

Ta strona została przepisana.

w Polsce i Nikaragui, w Londynie i Buenos-Aires, w Paryżu i Sidney, w Berlinie, lub w Batawji, Teheranie i Bombaju.
Byli to reporterzy dzienników politycznych, nowy wytwór współczesnego życia, ludzie, posiadający fenomenalną pamięć, mówiący wszystkiemi językami, znający wszystkich i wszystko, powtarzający słowa wielkich ludzi doby obecnej i z braku czasu nie mający żadnych przekonań i idei osobistych.
Tak, jak patefony lub pianole wyglądają i brzmią jednakowo w Marsylji, Nowym Orleanie, Valparaiso, Johannesburgu, Monachjum i w Libreville, tak i ci ludzie nosili jednakowe ubrania, mówili głosami o niczem nie odróżniającej się intonacji, z temi samemi gestami i z takim samym brakiem przekonania lub raczej pogardą dla trwałego przekonania, nawykli do płynnych, kalejdoskopowych ideologij i ciągłej zmiany zjawisk.
Dziennikarze chodzili z rozczarowanemi minami, a, zbierając się po kawiarniach, narzekali:
— Nic ciekawego!
Spoglądali na siebie chytremi oczami, bo każdy marzył, aby wyłowić ze środowiska genewskiego coś, czego nie spostrzegli inni.
— Pokój i pokój! Fantazje polskie... — powtarzali.
Tymczasem w Genewie odbywał się bardzo interesujący proces, ponieważ „fantazje polskie,“ zawierające oskarżenie wojny, jako „zbrodni międzynarodowej,“ i możliwość pokojowego rozstrzygnięcia całego szeregu najbardziej poważnych spraw, zajmowały umysły cudzoziemskiej publiczności daleko głębiej i poważniej, niż to się wydawało zblazowanym, fachowym dyplomatom i goniącym za sensacją dziennikarzom.
W Genewie odbywało się ogólne zgromadzenie Ligi Narodów.
Kwestją, wypływającą niespodziewanie na porządek dzienny, stała się propozycja Polski o zatwierdzenie pokojowych metod załatwiania sporów międzynarodowych, zagrażających wojną.