Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/242

Ta strona została przepisana.

którego nikt nie widział, chociaż ciężką stopę jego czuli wszyscy.
Tym mowom przysłuchiwała się z różnych miejsc sali grupa starych przyjaciół genewskich.
Manon z Henrykiem i Royem Wilsonem z ław dla publiczności; Joe Leyston — przy trybunie mówców, trzymając w pogotowiu tekę z papierami swego szefa, sir Chamberlaina; Hans von Essen — przy stole urzędników Sekretarjatu Ligi, ponieważ od dwóch lat pracował w tej organizacji, jako specjalista od spraw morskich; Alfred Małachowski — w loży prasy.
W tłumie, szczelnie zapełniającym galerję, znajdował się ostatni z pośród dawnych towarzyszy dzieciństwa.
Siedzący i stojący na galerji słuchacze z ciekawością przyglądali się dziwnej postaci.
Był to młody jeszcze człowiek, chudy i blady.
Na wyniszczonej, żółtej twarzy pałały żarem ognia ogromne, jasne oczy, pełne niezwykłego wyrazu.
Wydać się mogło, że patrzą one z głębi człowieka i sięgają ukrytych przed ludźmi wyżyn i tajników.
Strój nieznajomego również zwracał na siebie powszechną uwagę. Miał na sobie długi, czarny surdut, przypominający sutannę duchowną; sztywny kołnierzyk był owinięty szerokim, czarnym szalem. Lekko wijące się, kasztanowate włosy spadały na szerokie ramiona, a wychudzone, blade ręce były zaciśnięte na piersi ruchem rozpaczy lub namiętnego oczekiwania.
Nieznajomy stał i słuchał, nie zwracając uwagi na zdumione spojrzenia i szepty sąsiadów.
Gdy sir Joseph Austen Chamberlain skończył swoją mowę i, odprowadzany oklaskami, usiadł w szeregu innych angielskich delegatów, a jego miejsce na trybunie zajął tłumacz, powtarzający ze stenogramu słowa ministra po francusku, — dziwny człowiek, zacisnął mocniej palce rąk i szepnął w obcej mowie:
— Tylko ty, tylko ty... uczynić to potrafisz!
Nagle obejrzał się i wtedy dopiero spostrzegł zwrócone na siebie oczy publiczności i usłyszał zdumione pytania: