Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/244

Ta strona została przepisana.

Panny... de Chevalier i... — zaczął Rosjanin i nagle umilkł, opuszczając jasne oczy. — Chciałbym się spotkać z nią.
— Czekam właśnie na nich, bo wnet muszą wyjść... — rzekł Wilson. — Ale, ale! Już widzę ich. Hallo! Hallo, Henry!
Do wymachującego kapeluszem Roya szła Manon, podtrzymywana pod rękę przez chłopczyka lat dwunastu.
Well! — zawołał Roy. — Czy pani poznaje...
— Pan Borys Suzdalskij... — przerwała mu Manon. — Zmienił się pan, lecz poznałabym go zawsze, gdyż oczy pozostały te same...
Podniósł i zatrzymał na niej płonący, męczeński wzrok.
Manon dostrzegła w nim gorący wyrzut i ból.
— Może się mylę... — szepnęła, — lecz poznałam pana odrazu...
Uśmiechnął się łagodnie i nieśmiałym ruchem uścisnął rękę Manon.
Borys nie spostrzegł Henryka, który stał przed nim i bacznie oglądał go.
Po chwali chłopak pociągnął matkę za rękę i szepnął:
— Chodźmy, mamusiu, chodźmy prędzej... ja się boję!...
To powiedziawszy, odszedł i zdaleka z przerażeniem w oczach przyglądał się nieznajomemu.
Borys pośpiesznie i z zakłopotaniem pożegnał znajomych i odszedł skulony, nagle zgnębiony.
— Co się stało z tym wspaniałym niegdyś oficerem? Taki był przystojny i pewny siebie? — zapytał zdumionym głosem Wilson.
— W Rosji dzieją się straszne rzeczy, które złamały niejedną duszę! — szepnęła Manon, ze współczuciem patrząc za migającą w tłumie czarną postacią Borysa.
— Ludzie, odwiedzający Rosję, przywożą sprzeczne wiadomości, — zauważył Amerykanin.
— Powodem tej sprzeczności są naiwność lub szalbierstwo! — odparła z przekonaniem. — Jedni widzą tam tylko tyle, co im zechcą pokazać bolszewiccy ko-