Strona:F. Antoni Ossendowski - Pod smaganiem samumu.djvu/182

Ta strona została uwierzytelniona.

kiwała mi na kolana. Wyniki takiej jazdy były opłakane. Z trudem dociągnął mnie mój samochód do La Calle i stanął koło jakiegoś znaczniejszego budynku i ani rusz dalej.
Z budynku zaś, który był komorą celną, wyskoczyło kilku urzędników, skorych do rewidowania bagażu. Ponieważ miałem przepustkę, urzędnicy nie oglądali mojej walizki i nie oclili samochodu. Patrzyli na mnie z bezsilną rozpaczą, widząc w katastrofalnem zatrzymaniu się mojej maszyny przed ich siedzibą palec Boży, wskazujący na niezawodnego przemytnika.
„Monsieur! — mówił tymczasem zmieszany szofer — Bardzo przepraszam, lecz będę zmuszony oddać samochód do garażu. Dopiero jutro będziemy mogli ruszyć dalej“...
Zająłem więc pokój w hoteliku, jedynym w tej małej mieścinie nadmorskiej. Obmywszy się z kurzu i zmieniwszy ubranie, wszedłem do sali restauracyjnej.
Publiczności było mało. Jakiś drobny urzędnik napychał się chlebem i sałatą, popijając żółto-zielonem winem, z pewnością bardzo kwaśnem, bo miał po każdej szklance coraz bardziej męczeńską twarz.
W kąciku sali, tuż obok zajętego przeze mnie stolika, jadła śniadanie jakaś młoda para. Być może, że nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie pełne współczucia i sympatji uśmiechy otyłej bufetowej i lokaja, patrzących na młodych ludzi, i ich uprzedzającą względem nich grzeczność.
Ona — młodziutka, może 20-letnia kobieta, elegancko, wytwornie ubrana — była śliczna. Krucze, obfite włosy wybijały się z pod koralowego kapelusika z wielką złotą klamrą i czarnem gładkiem piórem. Piwne oczy, świeże usta i zadziwiająco biała cera tworzyły bardzo harmonijną i wytworną całość. Na palcu pięknej pani dojrzałem szeroką ślubną obrączkę.
Towarzyszem jej był wysoki, zgrabny blondyn, o niebieskich oczach i bladej, natchnionej twarzy.