Strona:F. Antoni Ossendowski - Przygody Jurka w Afryce.djvu/29

Ta strona została uwierzytelniona.

wyrastające ze starych korzeni, mają dobre warunki do pomyślnego wzrostu. W ten sposób natura zabliźnia zadane jej przez człowieka rany...
— Rozumiem teraz... — szepnął chłopak. — A przecież ogień nie strawił wszystkich drzew!
— Najsilniejsze przetrzymały pożar i zagoiły swoje rany — powiedział inżynier, przesuwając regulator na drugą szybkość.
Jechali bez wypadków, chwilami doprowadzając pęd do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę.
Droga, ubita z gliny, zmieszanej z twardą, jak cement, ziemią z kopców termitów prosta była i gładka.
— Świetna szosa! — zachwycał się mały podróżnik.
— Narazie, tak! — potwierdził pan Bolesław. — Mamy tej drogi około osiem — dziesięciu kilometrów, a później skręcimy na boczną, leśną drogę — tam będzie gorzej!
Umilkli, a chłopak jeszcze z większą ciekawością rozglądał się dokoła. Oczy mu pałały; z trudem wstrzymywał się od okrzyków, bojąc się przeszkadzać ojcu w prowadzeniu maszyny, gdyż właśnie droga zaczęła robić nagłe skręty, a na spotykanych coraz częściej wązkich mostkach należało być ostrożnym.