Strona:F. Dostojewski - Bracia Karamazow cz-2.djvu/31

Ta strona została uwierzytelniona.

miesiące po wypadkach, które ci opowiedziałem. Nazajutrz powiedziałem sam sobie, że wszystko się skończyło i dalszego ciągu nie będzie. Prosić o jej rękę wydało mi się podłością. Ona ze swej strony nie dała znaku życia przez całe sześć tygodni, tylko odesłała mi przez pokojówkę resztę z pięciu tysięcy rubli, 260 w kopercie, bez słówka od siebie. Przepatrzyłem starannie banknoty, szukając choćby znaczka jakiego ołówkiem, ale nic nie było.
Przehulałem te ostatki tak głośno, że i nowy major musiał mi udzielić nagany, a pułkownik oddał w całości kasę batalionową, ku ogólnemu zdziwieniu. Mimo to, zachorował wkrótce i umarł we trzy tygodnie na rozmiękczenie mózgu. Pochowano go z wojskowemi honorami, po pogrzebie zaś Katarzyna z siostrą i ciotką odjechały do Moskwy. Wtedy dopiero, w sam dzień odjazdu, przysłała mi mały liliowy liścik, na którym nakreśliła słów kilka: „Czekaj pan mego listu. Napiszę. K.“ — Ot i wszystko. Resztę opowiem ci w dwóch słowach. Tam, w Moskwie wypadki wzięły zupełnie nowy obrót i to z imponującą szybkością. Ciotka Katarzyny, pewna stara jenerałowa, utraciła naraz swoje dwie najbliższe spadkobierczynie, dwie siostrzenice, które umarły na ospę, obie w jednym dniu. — Spiorunowana tym ciosem staruszka, przyjęła Katarzynę jak rodzoną córkę, przelała na nią wszelkie prawo zmarłych siostrzenic, przerobiła testament na jej imię, a na razie wyposażyła ją osiemdziesięciu tysiącami rubli. Wtedy otrzymałem z poczty zwrot moich