Strona:F. Dostojewski - Bracia Karamazow cz-5.djvu/43

Ta strona została uwierzytelniona.

że: „Nie, to nie on, to nie może być on”. To nie było w jego siłach, panowie.
— Może więc ma pan podejrzenie jeszcze na kogo? — pytał ostrożnie sędzia śledczy.
— Nie wiem, nie mam pojęcia. Jakaś moc niebieska, czy piekielna, w każdym razie nie Smerdiakow — utrzymywał stanowczo Mitia.
— Dlaczego twierdzisz pan tak stanowczo, że to nie on?
— Takie mam przekonanie. Smerdiakow to człowiek o uczuciach bardzo nizkich, a przytem tchórz, to jest mało powiedzieć tchórz, to wcielenie tchórzostwa, chodzące na dwóch nogach. Istne kurczę. Rozmawiając ze mną, drżał zawsze cały z obawy, żebym go nie zabił. Padał mi do nóg i całował, płacząc, te same oto buty, błagając, żebym go nie zastraszał. Słyszycie, „żebym go nie zastraszał”; czy to nie dosyć? Lękał się mnie tak bardzo, choć nigdy na niego ręki nie podniosłem i dawałem mu nawet podarki. Taki niedojda, epileptyk, którego ośmioletni dzieciak mógł pokonać, ten nie mógł przecie popełnić morderstwa; zacóżby zresztą zabijał starca? wszak był, podobno, naturalnym jego synem, czy wiecie to, panowie?
— Słyszeliśmy tę legendę, ale wszak i pan jesteś jego synem, a mimo to, krzyczałeś na całe miasto, że go zabijesz.
— Kamień do mego ogródka, nizki, podły kamyk. Czy nie podłość to z waszej strony rzucać mi w twarz takie rzeczy, skoro ja sam powiedziałem wam wszystko, co mnie może obwi-