Strona:F. Dostojewski - Bracia Karamazow cz-6.djvu/13

Ta strona została uwierzytelniona.

dzę w gorączce. Kłam, ile chcesz, ale nie wyobrażaj sobie, że doprowadzisz mnie do takiego stanu, jak ostatnim razem. Czasem nie widzę cię i nie słyszę twego głosu, ale zawsze odgaduję, co masz powiedzieć, bo ty, to ja, ja sam, i to ja mówię, a nie ty. Nie pamiętam już, czy widziałem cię zeszłym razem na jawie, czy we śnie, ale teraz ochłodzę sobie głowę chustką i znikniesz natychmiast.
Iwan wstał i, jak zapowiedział, umoczył chustkę w wodzie i obwiązał nią sobie głowę.
— Bardzo mnie to cieszy, że mówisz mi poprostu ty — zaczął znowu gość.
— Głupcze! — zaśmiał się Iwan — czy myślisz, że będę się z tobą bawił w ceremonie, tytułując cię panem. Wesół jestem dziś, tylko mnie głowa boli, i dlatego proszę cię, nie mędrkuj. Jeśli nie możesz wynieść się ztąd, to przynajmniej kłam z talentem, wesoło. Pieczeniarzem jesteś przecie, więc umiesz wymyślać ciekawe historyjki. Ależ to uparta z ciebie mara. Nie boję się ciebie jednak, przemogę cię i nie zawiozą mnie do domu waryatów.
— Pieczeniarzem mnie nazywasz, wyborne określenie, czemże innem jestem tu, na ziemi. Ale czy wiesz, że, słuchając cię, widzę z radością, że zaczynasz uważać mnie za coś istniejącego realnie, nie za twór własnej wyobraźni, jak zeszłym razem jeszcze.
— Ani przez jedną chwilę nie miałem cię za istotę rzeczywistą — krzyknął z wciekłością Iwan. — Tyś kłamstwo! mara! przywidzenie! Tyś choroba moja. Tylko, że nie wiem, czem ciebie