Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/297

Ta strona została uwierzytelniona.

leko. — Widzi pani tedy, że wszystko to, są to tak zwane „legendy o Wielkiej Światłości“, utwory fantazyi, przez wieki wytwarzane, budowane, spojone w gmach jednolity, piękne, szlachetne nawet w swej naiwnej, pierwotnej formie, przyznaję,... w jakimś tam wieku trzynastym porywające nawet, ale dziś, teraz...
— Więc czemuż wyszliśmy? — spytała kobieta.
— Paradne! Nie, pani na seryo zachwycająca jest w tej swojej dziecięcej naiwności. Dlaczego wyszliśmy? Po pierwsze... ot tak z wnętrznej ochoty... a powtóre... poprostu wytrzymać w domu nie było sposobu... Te ciągłe ciemności, ta czerń ciążąca na myśli, całun rozciągnięty na duszy... a pod nogami te nieznane, niepewne, ślizkie rzeczy jakieś! Tu przynajmniej...
— Ta jasność daleka, która choć nic nie oświeca przed nami, jednak...
— Pani myśli: Ten śpiew o jasności, ten wid cudu... prawda?
— Więc pan widzi, ot, tam...?
— Zachwycająca... zawsze zachwycająca... Ta wyobraźnia..
Więc zapomniałaś już pani? To co widzieć się daje na ciemni, to jest projekcya stanów subjektywnych, objektywacya ich, eksteryory-