Strona:Ferdynand Hoesick - Szkice i opowiadania.djvu/123

Ta strona została przepisana.

Warkocz długi w tył rzucił i część nieba trzecią
Obwinął nim, gwiazd krocie zagarnął, jak siecią,
I ciągnie je za sobą, a sam wyżej głową
Mierzy w północ, prosto w gwiazdę biegunową.

Z niewymownem przeczuciem cały lud litewski
Poglądał każdej nocy na ten cud niebieski,
Biorąc złą wróżbę z niego, tudzież z innych znaków:
Bo zbyt często słyszano krzyk złowieszczych ptaków,
Które na pustych polach gromadząc się w kupy,
Ostrzyły dzioby, jakby czekając na trupy.
Zbyt często postrzegano, że psy ziemię ryły,
I jakgdyby śmierć wietrząc, przeraźliwie wyły:
Co wróży głód lub wojnę; a strażnicy boru
Widzieli, jak przez cmentarz szła dziewica moru,
Która wznosi się czołem nad najwyższe drzewa,
A w lewej ręce chustką skrwawioną powiewa.

Dla 13-letniego Mickiewicza zapisała się wiosna ta śmiercią ojca, zmarłego w dniu 10 maja, a jeszcze nie zdążył uspokoić się po jego stracie, gdy nagle gruchnęła wieść, że Napoleon z nieprzeliczoną armią w dniu 24 czerwca przeszedł Niemen pod Kownem, że »wojska francuskie« już zajęły część Litwy od Grodna po Słonim, i że część wielkiej armii nie ominie Nowogródka, leżącego

tuż przy wielkiej drodze,
Którą od strony Niemna ciągnęli dwa wodze:
Nasz książę Józef i król Westfalski Hieronim.

Jakoż dnia 8 lipca
jakby gilów, siewek
I szpaków, stada jasnych kit i chorągiewek
Zajaśniały na wzgórzach, spadają na błonie:
Konnica! Dziwne stroje, niewidziane bronie!
Pułk za pułkiem; a środkiem, jak stopione śniegi,
Płyną drogami kute żelazem szeregi;
Z lasów czernią się czapki, rząd bagnetów błyska,
Roją się niezliczone piechoty mrowiska.

Mickiewicz, choć w żałobie po ojcu, stał na ulicy, na którą wyległo całe miasteczko, i wciśnięty w tłum gawiedzi, patrzał na wkraczające wojsko, a patrząc, płakał z radości...

Lud ich otacza, patrzy, ledwie oczom wierzy,
Oglądając rodaków mundury noszących,
Zbrojnych, wolnych i polskim językiem mówiących.