Strona:Gabriela Zapolska - Do oddania - na własność.djvu/5

Ta strona została skorygowana.

Kobieta jednak nie puszcza pochwyconej odzieży. Po raz pierwszy stawia opór. Szuka febrycznie rozsypanych za podszewką miedziaków. Wynalazła je, ostrożnie rękę wysuwa i znów do stołu wraca. Odwrócona do lampy, liczy, marszczy brwi, wreszcie pieniądze do swojej kieszeni wsuwa. Wygrał je pewnie w bilard, w tej knajpie na rogu, do której się schodzi po kilku schodach i w której całą noc na harfie grają. W tej chwili mało ją to obchodzi. Gdyby nawet te pieniądze były skradzione, to ona je i tak weźmie i za ogłoszenie niemi zapłaci. Niema wyboru, tak być musi! tak być powinno!... Najmłodsze dziecko przez sen żałośnie jęczy.
Skomli jak małe szczeniątko, zagrzebane wśród łachmanów. To ta dwuletnia brunetka, o której już nic w ogłoszeniu nie dodała, bo czuła, że jeszcze kilka sekund, a ryknie takim płaczem, że wszystkich ze snu pobudzi. Mazia, najmniejsza, najmłodsza, najpiękniejsza ze wszystkich, o czarnych włosach i oczach cyganki, ze spieczoną, regularną twarzyczką!... Karmiła ją sama i niedawno odłączyła, choć dziewczyna była już duża i blisko dwa lata miała. Teraz Mazia kaszle i jęczy w kącie zaciemnionym pod ścianą, w nogach starszej siostry.
Malicka odwróciła się, chcąc podejść do dzieci i otulić je łachami, które pozrzucały z siebie. Lecz w pół drogi zatrzymała się.
Nie śmiała dotknąć się tych drobnych istot, które niebawem miały nie być już jej własnością. Z wyciągniętą ręką, z zaciśniętemi konwulsyjnie ustami pozostała tak na środku izby, nieruchoma, blada, jak złoczyńca w przededniu zbrodni.
Po za nią przez małą szybkę okna jaśniejszy kwadrat światła przeświecać zaczynał.
Dzień wstawał leniwy, brudny, jesienny, wypłukany nocną ulewą z barw i blasku.
W kącie lampa powoli gasła.


∗                    ∗

Ogłoszenie pojawiło się dwukrotnie i Malicka żyła od tej chwili w strasznej gorączce. Czesała, myła dzieci — usadzała je rzędem, przypatrywała im się długą chwile, to znów wybiegała do sieni, i tam oparłszy głowę o ścianę, stała tak długo, oddychając ciężko. Mąż znikał codzień zrana i zjawiał się dopiero późno w nocy — bez przeszkody więc mogła dać adres swego własnego mieszkania i oczekiwać na przyjście czyjekolwiek. Chwilami z dziką rozkoszą myślała o chwili, w której rzuci znienawidzonemu przez siebie człowiekowi: — Nie masz dzieci!... odda-