Strona:Gabrjela Zapolska-I Sfinks przemówi.djvu/236

Ta strona została przepisana.
O wykonaniu „Wesela“ Wyspiańskiego na scenie lwowskiej.
Dzisiejsze sny po tej nocy nieprzespanej będą cudne — bo oczy, patrząc, stały się figurami ludne, które się niełatwo zatrzeć dadzą.
(Akt II. scena 21.)

Całe wrażenie wczorajszego wieczoru możnaby wypisać wyjątkami z „Wesela“. Bo było na tej scenie wczoraj tak ludno od takich żywych, szczerych postaci, — od takich „ludzi“. I nawet te widziadła, upiory, które wyszły z grobowych ciemni, żyły, tak bardzo były z nami związane, tak bardzo były — nasze.
Gdy się podniosła zasłona i na scenie ujrzeliśmy smarowane wapnem ściany, o błękitnawym odcieniu, alkierza, z rzędem świętych obrazów, sufit belkowany, a przeze drzwi wpadać zaczęły kierezje, sukmany, gorsety i wieńce, to powiał ku nam czar krakowskich stron. I popłynęła ludowa gwara, ujęta, jak nieoszlifowany, a mimo to cenny klejnot, od wieków chroniony skarb — w kunsztowną oprawę wiersza, popłynęła poezja uczonych słów, z któremi igrano, jak bogacze z djamentami igrają w skarbcu. Zdziwienie ogarnęło wszystkich. Publiczność czuć zaczęła, że widzi coś niezwykłego, że ten autor, ukryty za kulisami, musi mieć do polskiej publiczności zaufanie bezmierne, skoro zrywa tak