Strona:Gabryel d’Annunzio - Ogień.djvu/351

Ta strona została przepisana.

trząc przed siebie jak gdyby tłumne, kamienne postacie zaszły jej drogę. — Posągi te zdawały się nie poznawać mnie onegdaj lecz ja je poznałam Stelio! pamiętam każdy.
Godziny ubiegłe, pola i łąki w mgły upowite, drzewa bezlistne, wille opuszczone, rzeki bieg cichy, pamiątki i wspomnienia królowych bez koron, cesarzy bez tronu, kryształy nieruchomych źrenic Foskaryny, labiryntu zdziczałego ścieżki błędne, szukanie się w nich wzajemne i próżne, lęk i wzburzenie, pyszna marmurowa bladość jej twarzy, ciało omdlałe na poduszkach powozu, ręce bezwładnie opadające, wszystko to przypomniało się Effrenie, nowem rozświecone światłem.
Patrzał na dziwną tę istotę, zdziwiony, niemal wylękły, tak jak gdyby ją widział po raz pierwszy a rysy jej, ruchy, dźwięk głosu, same pokrywające ją szaty, posiadały różnorodne, dziwne jakieś, tajemnicze znaczenie, którego pochwycić nie mógł, tak, jak się nie dają pochwycić szybkie a niezliczone błyskawice.
Stała przed nim istota cielesna, znikoma, podległa smutnym prawom czasu i przyrody; a nieprzebrana masa życia istotnego i idealnego przygniatała ją, obejmowała do koła, dyszała w każdem pierś jej poruszającem oddechu.
Zrozpaczona, koczująca przez życie całe, doświadczyła wszystkiego i doścignąć nie mógł jej doświadczeń granic i właśnie ta przepaść zaznanych przez nią smutków i cierpień, upokorzeń i dumy, walk i zwycięstwa czarowała, pociągała to dziecię rozkoszy. Chciałby żyć jej życiem, zazdrościł jej losu.
Oczarowany patrzał na biegnące wzdłuż