Strona:Gabryel d’Annunzio - Ogień.djvu/65

Ta strona została przepisana.

się nurzając powstawał przędziw trzeci — najpiękniejszy! stosy piętrzących się marmurów, cały las kamienny, lud cały. Któż zmierzy nadmiar kamiennych bogactw Wenecyi, w których sztuka powiązała tajemnice przyrody z tajemnicami ludzkiego geniuszu, na które stulecia narzuciły wspomnień, chwały i tryumfów płaszcze, wyrzeźbiły pamiątek znaki a po których myśl nasza wznosi się wyżej, ku szczytom Sztuki, z taką swobodą i łatwością, z jaką przez korzenie i tkaniny drzew niebotycznych, ożywcze soki ziemi wznoszą się i krążą aż ku kwieciu wieńczącemu drzewa. Rozliczne i różnokształtne, piętrzące się pod olśniewającem niebem i nad świetlanych wód siecią, kamienne te twory nabierały z każdą chwilą pozorów życia samoistnego i ruchów tak złudnych i nadspodziewanych, że się naprawdę zdawały urągać przyrodzonym prawom ciężkości, naprawdę zdawały się żyć i ruszać, samoistnym ruchem, indywidualnem życiem.
— Chwila! i wszystko drgnęło niepochwytną błyskawicą. Od krzyży, wieńczących kopuły kościelne, rozbrzmiałych modłami aż do najdrobniejszych kryształków soli, zwisających u sklepień wydętych mostków nad kanałami, wszystko przemieniło się, zadygotało, zawirowało na raz. Jak przednie straże ostrzegają o zbliżającym się pogromie, tak ze szczytu najwyższej wieży, wieńczący ją i stojący na niej na straży anioł złocisty, rzucił płomienne hasło...
— ...Już się jawi, zjawił się już oblubieniec, kochanek! Rozsiadł się na obłoku jak na ognistym, nadpowietrznym wozie; zarzucił po za ciebie purpurowej tuniki rozwiane zwoje, poryw-