Strona:Gabryel d’Annunzio - Tryumf śmierci.djvu/286

Ta strona została przepisana.
III.

Pies szczekał wciąż w gaju oliwnym, gdy tymczasem Jerzy i Hipolita powracali ścieżką ku domowi Kandyi. Kiedy zwierzę poznało mieszkańców domu, umilkło i w podskokach wybiegło na ich spotkanie.
— Patrzaj, to Giardino! — zawołała Hipolita i pochyliła się, by popieścić poczciwe zwierzę, które już polubiła. — On nas wołał. Już też późno.
Księżyc wśród ciszy wznosił się coraz wyżej, powoli, poprzedzany falą światła, która zalewała stopniowo cały lazur. Wszystkie ogłosy wioski zasypiały pod tą pogodną jasnością. I to niespodziewane ustanie wszystkich odgłosów, wydało się nadnaturalnem niemal Jerzemu, którego niewytłomaczony przestrach czynił dziwnie czujnym.
— Zatrzymaj się na chwilę — rzekł, przytrzymując Hipolitę.
I począł nasłuchiwać.
— Czego tak słuchasz?
— Wydawało mi się...