Strona:Gabryel d’Annunzio - Tryumf śmierci.djvu/401

Ta strona została przepisana.

często twój ruch, jedna poza. Kiedy się poruszasz, kiedy mówisz, w duchu moim odbywa się szereg cały wrażeń, cudów. Czasami wywołujesz we mnie reminiscencye jakiegoś życia, którem nie żyłem nigdy. Olbrzymie cienie rozświecają się nagle i stają dla mnie zdobyczami niespodziewanemu. Czemże są wówczas chleb, potrawy, owoce, wszystkie te rzeczy materyalne, które wywołują zmysłowe wrażenia? Czem są nawet wszystkie funkcye moich organów, objawy zewnętrzne mego cielesnego istnienia? Kiedy usta moje mówią, zdaje mi się niemal, że głos mój nie jest w stanie dosięgnąć głębin, pośród których żyję. Zdaje mi się, że nie chcąc mącić mych wizyj, powinienem pozostać nieporuszony i niemy, podczas gdy ty przechodzisz, bezprzestannie przetwarzana, pośród światów, które odsłaniasz przędemną...
Mówił powoli, z oczyma utkwionemi w Hipolitę, oczarowany tą twarzą, niezwykle rozpromienioną, uwieńczoną głęboko, ciemnemi jak noc splotami, wśród których migotała bezustannie żywa, konająca istota. Ta twarz tak blizka a przecież w jego pojęciu tak niepochwytna, niedosięgła i te przedmioty, rozrzucone na stole, te purpurowe kwiaty na wysokich łodygach, te wirujące dokoła światła lekkie uskrzydlone postacie i ten spokój czysty, niezmierny, co płynął od gwiaździstego nieba i oddech harmonijny, co szedł od morza, wszystko to nabierało w jego