Strona:Gabryel d’Annunzio - Tryumf śmierci.djvu/444

Ta strona została przepisana.
VI.

Hipolita wybuchnęła radością, skoro jej Jerzy oznajmił, że niebawem nadejdzie fortepian i partycje. Jakże była mu wdzięczną za tę miłą niespodziankę! Nakoniec będzie czem przerwać bezczynność długich godzin dziennych i ustrzedz się od pokus... Śmiała się, czyniąc aluzyę do ich fizycznego stosunku, przerywanego tylko chwilami zmęczenia lub jaką ucieczką ukochanego.
— Tym sposobem — mówiła, śmiejąc się z pewnym odcieniem złośliwości, choć bez goryczy — nie będziesz mógł już uciekać na twój przeklęty trabocco... Nieprawdaż?
Podeszła, ujęła jego głowę, ścisnęła mu dłońmi skronie i patrząc w oczy głęboko:
— Wyznaj, żeś tam się chronił z powodu tego — szepnęła głosem pieszczotliwym, jakby chcąc go skłonić do spowiedzi.
— Z powodu czego? — spytał, doznając pod dotknięciem tych dłoni wrażenia, jakiego się doznaje blednąc.
— Bo się lękałeś moich pocałunków.