Strona:Gabryel d’Annunzio - Tryumf śmierci.djvu/453

Ta strona została przepisana.

Instyktownie puścił się ku niej, ku tym rękom zaciśniętym, które go obejmowały. Pod wpływem tego dławiącego uścisku, tego ciężaru, on o słabnął; nagle stanęła przed nim wizya przewidywanego końca.
— Nie trzymaj mnie taki — krzyknął. — Nie trzy maj! Niech jedno ramię mam wolne!
I brutalny instynkt życia wrócił mu siły. Użył nadzwyczajnego wysiłku, przepłynął z tym ciężarem krótką przestrzeń i dosięgną! skały, wyczerpany, zesłabły:
— Zaczep się o kamień! — rzekł do Hipolity, nie mogąc już podnieść jej w górę.
Widząc się w bezpiecznem miejscu, odzyskała zwykłą zwinność i energię działania; zaledwie jednak usiadła na złomie skały, ociekła wodą i zdyszana, wy buchnęła głośnem łkaniem.
Szlochała gwałtownie, jak małe dziecko a płacz ten drażnił i oburzał Jerzego, zamiast go rozrzewnić. Nigdy jeszcze nie widział jej wylewającej takie potoki łez, z oczyma tak obrzmiałemi i czerwonemi, z ustami tak się wykrzywiającemi. Wydała mu się brzydką i tchórzliwą. Uczuł do niej gniewną urazę, z pewnym żalem do samego siebie, że zadał sobie tyle trudu, by ją z wody wyciągnąć. Wyobrażał ją sobie zatopioną, znikłą w głębinach morza; wyobraził sobie własne wzruszenie w chwili, gdy widzi, jak ona w toń zapada, a potem objawy boleści, którą okazywałby publicznie, swe zachowanie wobec trupa wyrzuconego przez fale.