Strona:Gomulickiego Wiktora wiersze. Zbiór nowy.djvu/75

Ta strona została uwierzytelniona.


Nie będzie, jako dobrzy z pacierza anieli,
Przechodniem, do którego w sieroctwie i męce
Wyciągają się dziatek i nędzarzów ręce?
Trzeba, żeby się biedak nie skarżył niebiosom,
I żeby ktoś proszącym dawał ucho głosom,
I żeby ludzie byli serdeczni a szczersi;
Trzeba, żeby ktoś dziecku bez matczynej piersi
Przywodził karmicielkę trzody, z płowem okiem,
Która skubie murawę w górach, nad potokiem;
Trzeba, żeby ktoś uczył niemowlę miłości
I łączył z młodem sercem rozwagę starości,
I kazał się szanować i kochać zarazem...
Dlatego to Bóg, który pod mogilnym głazem
Pozwala strzelać liściom wiosennego kwiatka,
Na miejsce rodzicielki daje dzieciom — dziadka,
I postawiwszy zimę na straży płomienia,
Serce starca na serce niewiasty zamienia.

Tak więc Pawełek, na świat przyszedłszy sierotą,
Wzrastał. Miał modre oczy, zamglone tęsknotą,
Szczebiotał słowa, których nikt nie zapamięta,
Był rozkosznie bezwstydny, jak niewinność święta,
Bratał się z aniołami i sam był aniołem.
A dziadek, z pobrużdżonem od burz życia czołem,
Patrzył w niego, jak w jutrznię zdobną w blaski boże.
Półzgasły zachód wielbił rodzącą się zorzę.

Sierotę wywieziono na wieś, między kwiaty,
Tam, gdzie oko spotyka tak rozległe światy,
Że wypełnić je może tylko duch dziecięcia.
Łąki zionęły wkoło zapach sianożęcia;