Strona:Gomulickiego Wiktora wiersze. Zbiór nowy.djvu/85

Ta strona została uwierzytelniona.


Głos jakiś niemowlęcy woła: „Tato!... tato!”
Cała wieś się zajęła tą boleśną stratą.

O świcie, znaleziono nareszcie chłopczynę.
Gdzie? — Na cmentarzu. — Lica miał blade i sine.
Leżał przy furcie, cichy, jak noc, i zmarznięty.
Jak zdołał przyjść w to miejsce przez drożyn zakręty,
W porze, gdy ziemia spała pod pomroką nocną?
Jedna z rąk jego furty trzymała się mocno;
Snać próbował tę furtę otworzyć. Czuł może,
Iż za nią jest ktoś taki, co mu dopomoże.
Myślał, że mrok milczący jego skarg wysłucha,
Więc wołał długo, długo — wreszcie padł bez ducha,
Przy dziadku, co był razem blizki i daleki...

Nie mogąc dziadka zbudzić, sam usnął — na wieki.






II.
PODDASZE.
I.

Cześć świątyni! Jej wieże, co w obłokach giną,
Stroi gotyk misternych ozdób plątaniną.
Nad wrotami lśni okno różnofarbnem kołem;
A nocą, pod sklepieniem, gdy kościół otwarty,
Roją się, jak mrowisko, cheruby i czarty:
Świat blasku i świat cienia, pomieszane społem.