Strona:Grający las i inne nowele.djvu/91

Ta strona została uwierzytelniona.

bem Grecyi, krainy bogów i kolebki sztuki. Gdy, wyczarowany z niekształtnej bryły dłonią arcymistrza, przebudziłem się do życia ostatniem uderzeniem jego twórczego dłuta, złote słońce mojej ziemi zalewało mi oczy, a przed mojem białem, pięknem ciałem stał on, „mistrz“, promienny i uśmiechnięty, dumny ze swego dzieła...
I odtąd widziałem tylko twarze, pełne zachwytu, a słowo greckie „kalos“, obijało się ciągle o moje uszy. Kupił mię za dwa talenty bogaty patrycyusz rzymski do swojej wili nad morzem.
Pamiętam dobrze ten dzień, gdy niewolnicy na olbrzymich noszach drewnianych przenosili mię ostrożnie, pod batem dozorców, na biały okręt, który kołysał się przy brzegu, okręt, mający przewieźć mię do nowej ojczyzny. Płynąłem tak przez miesiąc, jak w kołysce, po modrych falach morza, układany do snu monotonną pieśnią prujących wodę wioseł, albo tęsknem zawodzeniem niewolników. Przez dzień miałem nad sobą pogodne, lazurowe niebo, przecinane lotem białych mew, a w nocy miliardy gwiazd złotych i drżących.
W nowej ojczyźnie, w domu patrycyusza,