Strona:Grazia Deledda - Po grzesznej drodze T.I.djvu/68

Ta strona została przepisana.

Piotra, — co się nie zdarzało zbyt często, — czuła niezmierną, radość w sercu, chciałaby śpiewać mutu[1], chciałaby wykrzyczeć pozdrowienie dalekiemu pracownikowi i wyznać wszystkim zazdrosnym towarzyszkom swą odwzajemnioną miłość.
Tego wieczora uczuła potrzebę pomówienia o nim znowu z Marją, ale nie wiedziała, jak zacząć.
— Kiedy powróci? — zapytała z pewnym niepokojem, gdy zostały same i zaczęły się wspinać zpowrotem na dróżkę.
— Nie wiem. Pewnie nie przed Bożem Narodzeniem. Powiedział, że nie wróci, dopóki nie ukończy roboty. Ale on to wie, i ty powinnaś wiedzieć lepiej odo mnie — dodała z pewną złośliwością.
— Ja nie wiem nic zupełnie, — odpowiedziała nieśmiało Sabina.
— Nie mówił ze mną od owego dnia, jakkolwiek miał nieraz po temu sposobność. Myślę, że czynił to z obawy przed wami...
Marja zaśmiała się, wzruszając ramionami:
— Co za pomysł! To nie jest człowiek, któryby się obawiał kogokolwiek.
— A więc z szacunku dla waszego domu. W każdym razie wiem, że mi sprzyja... A ty? a ty? — zapytała Marja, zwracając się z ogromną ciekawością.

— No... j a też... — Ośmielona życzliwością kuzynki, ciszą i coraz głębszym mrokiem w dolinie, otworzyła przed nią serce. Tak, od owego dnia strącania

  1. Motto — słowo, piosenka.