Strona:Grazia Deledda - Po rozwodzie Cz.I.djvu/47

Ta strona została przepisana.
III.

Jechały w palącem lipcowem słońcu. Musiały zjechać w dolinę, przebyć ją, wzbić się pod górę, co fijołkową masą zakrywała z tej strony horyzont a której dolne szczyty nurzały się w pogodzie błękitnego nieba.
Smutna to była podróż. Kobiety jechały razem na jednym koniu łagodnym i powolnym; sąsiedzi jechali to przed niemi, to za niemi, nie spiesząc, zgrzani. Kobiety milczały zbolałe. I świadkom los skazańca zdawał się ciężyć, milczeli szanując cichą boleść Griovanny, lub zamieniali pomiędzy sobą ciche, rzadkie słowa. Wszyscy posuwali się zwolna, w dół, ku wyschniętemu łożysku rzeki, ścieżkami nie tak stromemi, jak dzikiemi, zaledwie zarysującemi wśród kamieni opylonych, dzikich krzaków potężnych mirtów, spalonej trawy. Gdzieniegdzie sterczały drzewa samotne, nieruchome, podobne do skamieniałych pod słoneczną powodzią olbrzymich pustelników, rzucając na ziemię długie, do chmury podobne cienie. Z cieni tych wzbijały się świegoty