Strona:Grazia Deledda - Po rozwodzie Cz.I.djvu/79

Ta strona została przepisana.
VI.

Czas płynął, minęło lato, jesień minęła, nadeszła zima. W Gagliari osądzono Konstantego powtórnie. Nie było rady i pewnego wieczora skuto go z nieznanym mu człowiekiem i z wielu innymi, odzianymi w bluzy z szarego płótna, ponurymi pod ciosem tajemniczej, a nieprzemożonej potęgi, wyprawiono w kajdanach w drogę. Dokąd? Nikt nie wiedział i nikt nie pytał. Wszyscy milczeli, chociażby i powiedzieć nie umieli, dlaczego milczą. Przyprowadzono ich na brzeg morza. Wsadzono do długiej, czarnej galery, wszystkich razem, jak bydło, zamknięto w zagrodzie. Na zewnątrz kryształowe, ciemno-zielone wody odbijały latarnie rubinowe i szmaragdowe, których rzędy ciągnęły się po fali, niby sznury pereł krwistych i zielonych. A wyżej, nad pełną czarą morza, zaokrąglał się strop nieba, ciemno-szafirowy, niezliczonemi złotemi i srebrnemi zasiany gwiazdy. Zrazu Konstanty nie doznawał wrażenia zbyt smutnego. Dążył do czegoś niezna-