Strona:Grazia Deledda - Po rozwodzie Cz.II.djvu/122

Ta strona została przepisana.

księdza Eliasza, powstał, poszedł na jego spotkanie i bojąc się rozbudzić Konstantego, odciągnął na bok, pomiędzy zarośla. Były więzień miał sen lekki, lada szmer płoszył mu go z powiek. Słysząc głosy powstał, a zbliżając się do rozmawiających, nie wątpił, że rzecz szła o nim.
— Lepiej będzie, jeśli wieś opuści — mówił kapłan — lepiej, daleko lepiej.
Konstanty zmieszał się, słysząc to, chociaż nie umiałby powiedzieć, czemu się zmieszał.




Wsi jednak nie opuszczał. Dnie upływały, ludzie przywykli do „oswobodzonego więźnia” i nie zwracali już na niego uwagi. Nawet kobiety i ulicznicy dali mu spokój. Za zapracowane w więzieniu pieniądze kupił skór, podeszew, dratwy, lecz nie zabierał się jakoś do roboty; codziennie natomiast kupował wino, owoce, mięso, jadł i pił dobrze, zmuszając Izydora, by jadł z nim razem. Niechciał być ciężarem ubogiemu poławiaczowi pijawek, nie chciał, by we wsi sądzono, że nadużywa jego gościnności; okazywał się rozrzutnym, zapraszał często do karczmy znajomych na poczęstunek, poił ich i sam się upijał i podchmielony lubił rozpowiadać długo i szeroko o życiu więziennem, zawartych tam znajomościach i tym podobnych rzeczach.
W ten sposób tracił zapracowane w więzieniu grosze, a na przedstawienia Izydora odpowiadał: