Strona:Grazia Deledda - Po rozwodzie Cz.II.djvu/53

Ta strona została przepisana.
IV.

Nazajutrz około dziesiątej rozpoczęło się w kościele nabożeństwo. Rozpoczęło się późno, gdyż trzeba było czekać na przybycie z miasta młodego księdza, przyjaciela proboszcza Eliasza Postalu. Ten to właśnie przyjaciel miał wygłosić gratis kazanie. Przybycie do Orlei kaznodziei stanowiło nie powszedni wypadek i już o dziesiątej tłum wypełnił ciasną nawę kościółka. Wnętrze jego mieniło się tęczowemi barwy. Pasy turkusowe przerzynały szkarłatne draperye, a pozłota kapała z frendzli, ołtarzy, wnętrza nisz głębokich, w których rzędem stali najrozmaitsi święci, jasnowłosi, biali, różowi, jak gdyby wszyscy z Niemiec rodem byli. Sam święty Konstanty pod hełmem rycerza miał twarz śniadą prawowitego Włocha. We wsi utrzymywano, że starożytną tę statuę patrona wsi wyrzeźbił był w drzewie sam święty Nikodem.
Przez portyk otwarty na oślepiające szafiry, wlewał się do świątyni potok światła, migocząc tysiącem roziskrzonych atomów ponad głowami ludz-