Strona:Grazia Deledda - Popiół Cz.I.djvu/117

Ta strona została przepisana.

się wyrwie z uwięzi. Chciałby krzyczeć; miłość i jakieś nieokreślone uczucie błogości rozpierały mu łono. Dniało; lekkie sinawe mgły unosiły się nad wilgotną ziemią; na niebie ostatnie gasły gwiazdy; sam nie wiedział czemu, machinalnie powtarzał:

Care stelle dell’Orsa io non credea...“

starając się zarazem odepchnąć od siebie myśl o tem, co wiersz ten znaczył. Czuł się nieskończenie szczęśliwym, chciał przeskoczyć górę, łamał gałęzie, wyrywał trawę, ciskał kamienie, śmiał się głośno, jak szalony. Krzaki roniły wonie, niebo po za siną masą góry. Albo mieniło się w różowawe barwy cyklamenów. Anania stanął na skale, wpatrzył się w łańcuch dalekich gór, oświecony jutrzenką, i zamyślił głęboko.
— Żegnajcie mi góry rodzinne! Jutro po tamtej już będę stronie i w wspomnieniu Małgosi zaledwie zostanie cień poziomego kwiecia, co nią żył tylko...
Wtem, w dąbczaku przedwcześnie zbudzona ptaszyna zaświegotała w samotnem gnieździe. Dźwięk słaby i drżący zlał się całym smętkiem świtania i pól pustych. Młodzieniec wsłuchał się w rzewne kwilenie, przypominając sobie śpiew innej ptaszyny w świeżem gąszczu kasztanów, w dawno ubiegły jesienny poranek, het, precz! daleko, w górach, co tam majaczą na horyzoncie. Przed oczyma duszy ujrzał siebie dzieciną drobną, przechodzącą wesoło góry obok śmiertelnie smutnej kobiety... Nie znał wówczas goryczy swej niedoli.
— I wówczas — myślalł — rad byłem podróży... rad jestem, bądź co bądź, i teraz... Kto wie, co mnie czeka.


∗             ∗