Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/111

Ta strona została przepisana.

czas cierpią. Klucznik zaś wesoły z rękami na plecach założonemi, wałęsa się tu i owdzie i poziewa, szeroko otwierając usta.

XLIX.

O jakież twarde są te mury, o jak ciężkie jest cielsko granitu. Cóż przeciw niemu dwie biedne ręce mimo całej siły, wszystkiej energi nerwowej, która w nich się mieści, wszystkiej woli co spłynęła z duszy w owo kruche, wątłe narzędzie. Ziarna granitu ściśnione, związane lepiszczem co stwardniało przez setki, miliony wieków, twardą jest i grubą mokra skała, z której ręka ludzka wyciosała ściany. Całe dni upływają na wpatrywaniu się w tę ścianę, w tę zaporę dzielącą od życia. Więzień opiera o nią czoło, zdziera na jej szorstkiej powierzchni paznokcie. Mija dzień za dniem w dziwnej, mglistej zadumie nad niepodobieństwem, wpatrywaniu się w czarną, niezbadaną tajemnicę istnienia. Na mur ten składają się niezmiernie drobne cząsteczki, szorstkie, nieregularne kryształki, z których każdy ma swój kształt, kolor, trwałość, życie. Są tam złomki ostrokańciaste, ziarnka sferoidalne, jajowate, kostki, piramidy, graniastosłupy, dwunastościany. Jedne szare jak żelazo, inne srebrzyste, o połysku starego złota, utkane z niedostrzegalnych niemal barwnych żyłek, z wpryśniętymi groszkami koloru miedzi, i ołowiu stopionego. Ale najwięcej niebieskich i różowych, szafir ich podobny bywa do szafiru nieba i wody, różowa barwa przypomina promienie zachodzącego słońca w ciepłe letnie wieczory. Są oczy, co mają w źrenicach ton takiego szafiru spełzłego, są wargi tak blade i tak różowe. Więzień wpatruje się w mur z takiem natężeniem, że zatraca świadomość co