Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/112

Ta strona została przepisana.

się dzieje wkoło niego. Spojrzeniem obejmuje małą jeno powierzchnię, a i na niej wnet zacierają się tony, nikną barwy, zatracają się i szafir nieba i wody, i czerwień słońca wieczornego, niema już wspomnienia, dawno widzianych oczu, ni twarzy bladych, wszystko co było barwą stopiło się w jedno, jak w jedno zlewają się kolory kwiatów na łące. Na tle niby szarej, a ozłoconej słońcem ziemi, mglisto, jakby przez oponę dżdżu, przebłyskują kwiaty, i noc zapada.

L.

A wszystkie owe drobne szczątki, ziarnka, okruchy kamienia tworzą razem agregat spoisty, twardy, zaporę, która oprzeć się zdoła nietylko człowiekowi, w którą daremnie tłukłby kilof stalowy. Siła przyciągania zwarła te cząstki, i scementowała razem ów proch przedwieczny, tak, że stał się skałą, która opiera się morzu, skałą, z której wyciosano kwadry prostokątne na ściany więzienia. I nie brak ironii, nigdzie jej nie brak. Ów grobowiec wolności pokryła ręka artysty cudnemi postaciami stylizowanych gotycko roślin, umysł budowniczego wysilał się, by nadać wdzięku, smukłości i lekkości owym twardym ciężkim blokom, brutalną ich ociężałość, bezwładność i, rzecby można, tępotę przemocy usiłowało dłuto rzeźbiarza wyszlachetnić, ukryć pod koronką przejrzystego ornamentu. Na grobowcu rozsypano kwiaty, rozsnuto draperyę z gazy, a więzień w przeźroczu onych filigranów żyje, by szkielet pożółkły, męczennika czasów dawnych w cudnie cyzelowanym relikwiarzu.