Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/117

Ta strona została przepisana.

Ledwo wargami mógł sięgnąć po nią. Zda się, że nigdy nie wiedział jasno, jak długo dręczono go w podziemnym grobowcu. Godzinę całą zużyto na rozkuwanie go. Trudno było w opuchłem, przegniłem ciele znaleźć ogniwa łańcucha.
Gdy się tak raz zstąpiło do podziemi, innemi oczyma patrzy człowiek na dumny granitowy kolos, tak surowy, a tak wykwintny zarazem. Teraz znamy jego tajemnicę, przerażającą tę dwoistość. Sale cudne jak sen, albo hymn do Boga, podziemia pełne krętych, czarnych przejść, będących wyrazem obłudnej złośliwości, żądzy dręczenia, pastwienia się nad innym bezkarnie, po ciemku, w tajemnicy. Mont proste jest i skomplikowane, jak człowiek, pełne wzlotów w niebo i okrucieństwa na dnie.

LIV.

Straszne przygody Martin Noela miały miejsce przed przybyciem Blanquiego, ale nie były czemś wyjątkowem. Po ostatniej porcyi więźniów, jaką w 1840 pochłonęło Mont-Saint-Miehel regulamin więzienny uległ jeszcze większemu obostrzeniu. Zakazano mówić przez otwarte okna, wogóle rozmawiać z galernikami, śpiewać, a za każdym wybuchem złego humoru za każdem głośniej wymówionem słowem, można się było spodziewać zakucia w kajdany na całe tygodnie. Nakazano oficyałnie rezygnacyę i najgłębsze milczenie. Usta przeto przestały się poruszać, cisza nastała, natomiast pośród więźniów szerzyć się poczęły choroby nerwów, żołądka, choroby mózgu. Staube podciął sobie gardło brzytwą, Austen zwaryował.