Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/129

Ta strona została przepisana.

śladu pieca, kominka, jakiegokolwiek ognia. Aż do maja więźniowie dzwonią zębami, leżąc skurczeni w zimnych łóżkach, dławiąc się odorami najwstrętniejszymi. Takie były teraz ich najświeższe męki. A trwały długo.

LXII.

Klatki te, wzniesione na przeszło ośmdziesiąt metrów ponad poziom błotnych trzęsawisk i morza, nie posiadały okien, jeno przez otwór okratowany pod sufitem dostawało się do wnętrza trochę powietrza i światła. Nędzne owe komórki mierzyły ledwo cztery metry kwadratowe, miast łóżek trochę słomy w pace, służyło więźniowi za legowisko. Poza tem było tam jeszcze jedno krzesło i wyż wspomniany kubeł. To stanowiło umeblowanie. Trzeba było stoczyć walkę zaciekłą z silnym wichrem, deszczem siekącym po twarzy, by przycisnąwszy czoło do krat, zobaczyć dalekie skały, sylwetkę ruin „la Merveilleuse“, piętrzące się fale przypływu, bielejące w dali żagle i wreszcie, na samym skraju horyzontu koło Causale, zatokę otwierającą się na pełne, ogromne, bezkreśne morze.

LXIII.

Podczas przemieszkiwania w owych celach poprawczych, dyscyplina stała się jeszcze surowszą, prześladowanie stało się rzeczą codzienną. Tych, którzy pytali o powód przeniesienia ich na inne mieszkanie, zawleczono do kazamat podziemnych i zakuto w łańcuchy. To samo uczyniono ze skarżącymi się na złe pożywienie i złą jakość