Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/140

Ta strona została przepisana.
LXX.

Czasu swej niewoli Blanqui w listach ciągle zastanawia się nad tą rolą policyjną, jaką spełnia Mont-Saint-Michel. Funkcye owe, którym nie sprzeniewierzyła się granitowa skała, przez szereg wieków stanowią ciągły temat, występują na pierwszy plan w jego opisach, toteż posiadamy długi spis nieszczęśników, którzy tam marnieli w czasach dawnych i nowych.
Lista sięga pierwszych wieków istnienia fortecy, epoki, kiedy istniały jeno ciężkie, niezgrabne murzyska i ciągle bez przerwy, często anonimowo, z siłą konieczności przesuwają się skazańcy, podczas, gdy Monasterem władają opaci potężni, wielcy panowie, wznoszący wciąż nowe budynki, zdobiący je dziełami sztuki, rozmiłowani w życiu spokojnem i wykwintnem. Popod salami, których sklepienia wspierają się na kolumnach, rozkwitających u szczytu kapitelami nieporównanej piękności, pod kościołem, co rozbrzmiewa harmonijnymi dźwiękami organów, biblioteką, gdzie panu ją niepodzielnie erudycya i rozum, po stromych, wilgotnych, wykutych w skale schodach zstępują więźniowie do kazamat, do nor, zwanych, i nie daremnie: „oubliettes“. Są to jakby dna studzien zalane wodą ściekającą ze ścian, do których powietrze dochodzi jeno pośrednio przez długie kurytarze, o sklepieniach niskich i ledwo półtora metra rozpiętości mających, tak, że skazaniec musi leżeć, albo siedzieć w kucki. Wyprowadzano ich stamtąd raz na tydzień i pozwalano na terasie, pod dozorem mnichów, oddetchnąć świeżem powietrzem. Pewien zakonnik przeżył w tych warunkach dwadzieścia lat. Na liście, o której mowa, figurują nazwiska Anglików, dalej jest tam: Noel Beda, d’Avranches, syndyk paryskiego fakultetu teologicznego, prze-