Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/158

Ta strona została przepisana.

a i ich pogrążył w żalu ten nowy przypadek, tak ponury koniec wygnania, który wyrwał z pośród nich kolegę broni. Wspólnie dzielić choćby najgorszy los zawsze łatwiej przychodzi.

LXXVI.

Blanqui przebył w Mont-Saint-Michel jeszcze cały, długi rok, kolejno przechodząc od wybuchów woli do rezygnacyi i poddania się losowi, czytając i rozmyślając. Siły jego zużywały się w tej walce, starzał się, wielce podobny do mnicha, który nie opuszcza swej celi i kopie sobie własnemi rękami grób, w którym kiedyś spocznie. Blanqui widział co dnia swój grób i pewny był, że tam jeno przesiedli się z kaźni więziennej. Grób ten widniał pod jego oknami, wśród wiejskiego cmentarza otoczonego murem, niby cicha, śniąca oaza na wielkiej, szarej płachcie piasków. Ciągle, bez przestanku czuł teraz, wyraźniej niż kiedykolwiek w ciągu życia, że wszelka energia ludzka na nic, że wszystko prędzej czy później tam się skończyć musi. Ciemń, która pochłonęła jego żonę widniała przed nim tak blisko, wiedział, że co dnia do niej się zbliża, czuł krok każdy i nawet nie doznawał żalu. Czasem jednak zjawiała się skądś nadzieja, skazaniec wspominał syna, swych bliskich, towarzyszów broni, wszystkich, których jednak mógł jeszcze oglądać. Po klęskach, czując jeszcze porażkę, starał się jednak znaleść, odnaleść siły, z których począć się mogło zmartwychpowstanie. Czyż miałaby zmarnieć nadzieja, wiara w przyszłość, w ideał sprawiedliwości, harmonijne ukształtowanie się stosunków ludzkich, a on sam tak czynny, tak gotowy zawsze do walki miałbyż być już tylko bezsilną igraszką wypadków? Skupiał się w sobie, gotował swą duszę do