Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/163

Ta strona została przepisana.

twardego granitu kiełkowała myśl wyzwolenia, formowały się nowe prawa, które niebawem miały zdobyć sobie moc istnienia.
Tak, nie daremne były tęsknoty i pożądania więźniów. Doszła mnie pewna rozmowa, która to dobrze charakteryzuje. Pewien radny municypalny, wieśniak o małej intelligencyi, snadź powtarzając słowa miejscowego proboszcza, znalazłszy się u drzwi dawnych cel Barbésa i Blanquiego począł im wymyślać ostatniemi słowami i spluwał przytem gęsto. Na to odparł stary żołnierz, podówczas dozorca więzienny w Mont-Saint-Michel, lepiej zdaje się poinformowany w kwestyach politycznych.
— Ej obywatelu, zdaje mi się, że tosamo właśnie uczyniło cię radnym municypalnym, za co Barbés i Blanqui siedzieli w tych celach.

LXXIX.

Miasto Tours, położone na wielkiej równi, przeciętej krętem łożyskiem Loary, wśród rozlicznych wsi, klimat ma nierównie łagodniejszy. Jest to więc odpoczynek po łoskocie morskich fal, wyciu wichru. Ale Blanqui jest poważnie chory, a nowe więzienie nie może uleczyć tego, czego powodem było Mont. Tymczasem w miarę ustalania się stosunków politycznych zajadłość i mściwość tych, którzy przyszli do władzy słabną, budzi się ludzkość, wyrozumiałość, i zmienia to w znacznej mierze zarówno położenie Blanquiego jak i innych. Władze nie traktują go już jako dzikiego rewolucyonistę, konspiratora, którego trzeba zgnieść, jest to teraz w ich oczach człowiek chory, ongi skazany za sprawy polityczne, dziś mało niebezpieczny, z każdą chwilą obojętniejszy poli-