Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/183

Ta strona została przepisana.

próba fatalna, na oślep podjęto najkonieczniejsze instalacye, by zaspokoić najgłodniejszych i najmniej cierpliwych, była to maskarada pracy i zarobku, dekoracya teatralna jeno. W rzeczywistości z dnia na dzień spodziewano się, że wybuchnie wojna domowa.

LXXXVIII.

Spokój był jeno chwilowym. Przez kilka pierwszych dni, reprezentanci klas gotujących się do boju, to jest mieszczaństwo u steru rządów i mówcy klubowi patrzyli sobie bacznie w oczy. Nie brakło nawet prób pojednania. Barbés, de Flotte, Raspail, Cabet i Sobrier naradzali się z Lamartinem. Także i Blanqui rozmawiał pewnego dnia z ministrem spraw zagranicznych. Lamartine w ten sposób opisuje wydarzenie:
„Blanqui sam przyszedł pewnego ranka, wydał się dobrowolnie w me ręce i to tegosamego dnia, kiedy, jak głoszono miał knuć spiski na moje życie. Rozmawialiśmy w tonie żartobliwym. Nie wierzę, by ludzie władający bronią intelektualną mieli używać sztyletów. Blanqui zaciekawił mię bardzo, bardziej jeszcze niźli trwożył przedtem. Poznałem w nim jedną z owych osobistości przeładowanych elektrycznością, których mnóstwo w naszych czasach. Musi żyć w ciągłym ruchu, inaczej zginąłby z nadmiaru energii. Jest chory na rewolucyę, przyznał to sam. Na twarzy jego widne ślady cierpień fizycznych i moralnych, ale nie widać tam zapamiętania, raczej smutek i żal. Rozmawiał z wielką subtelnością. Ma umysł o rozległych horyzontach. Wydał mi się człowiekiem bezdomym, który wśród chaosu poszukuje światła i drogi znaleść w ścisku nie może.