Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/255

Ta strona została przepisana.

dziesięć domów i młyn stojący na nboczu. Przez godzinę przeszło Blanqui i Cazavan szli zupełną pustacią. Jak okiem sięgnąć, nie było widać nic, ni człowieka, ni domu, ni drzewa nawet. Dopiero po jakimś czasie ukazała się na widnokręgu aleja jodłowa. Drzewa sterczały wysoko pniami ogołoconymi z gałęzi. Wreszcie z poza wzgórza, na którem przeczuli raczej, jak dostrzegli grupę domów osady, wynurzyły się wieże kościelne, a latarnia poczęła rzucać błyski, ukazywać się i znikać. Wszystko to zjawiło się ich oczom dopiero później, ale przez długą chwilę nie widzieli nic, szli równią nagą, wymarłą, żwirowiskiem przymorskiem, zastygłem w jakiemś tajemnem milczeniu, gdzie ni krok nie zatętnił, ni głos się nie zerwał żaden w powietrze. Była cisza niezmierna, taka, iż zdawało się, że poprzez mgłę i deszcz słychać zegary bijące w domach o całe mile odległych i odgłos ten przejmował drżeniem, jak przeraźny krzyk ptaka nocnego.

CXVIII.

Zbiegowie nie mieli odwagi iść drogą, zbliżali się tedy do latarni morskiej ścieżkami, wędrowali na przełaj pól, poprzez potoki, rowy, bagniska, krzaki kolące i nareszcie po trzygodzinnym uciążliwym marszu, nieznaną okolicą w ciemności, obłoceni, pokaleczeni o ciernie znaleźli się u stóp latarni. Zmęczeni byli bardzo, zadyszani, przemokli, wprost nasiąknięci wodą, ekryci potem i krwią.
Powiedziano im, że na morze wywiezie ich niejaki Jean-Louis, mieszkający w osadzie Radenec. Nie wiadomo jednak, gdzie szukać owego Radenec. Zbiegowie czas jakiś wałęsają się pośród domów, wreszcie zjawia się