Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/345

Ta strona została przepisana.
CLX.

Nazajutrz, 14 sierpnia, w niedzielę rano, oczom wszystkich ukazał się inny zgoła Blanqui. Nie był to już starzec pełen powątpiewań, jakiego słyszeli wczoraj, dziś już nie słucha ani wiedzie dysput, mówi jeno jaki plan powziął i wydaje roskazy. Poraz pierwszy budzi się w nim wódz. I chwila ta wywołała olbrzymie wrażenie. Zdawało się, że w tym wychudłym starcu, o bladej twarzy, ujętej w nimb siwych włosów zbudziły się do życia wszystkie tęsknoty bohaterskiego pokolenia republikańskiego, że wszyscy buntownicy podnoszą głowę, bojownicy radośni i płomienni zapałem lat trzydziestych, i zrospaczeni straceńcy, broniący od śmierci siebie i swe ideały, powstańcy roku 48. Z twarzy jego biła razem taka radość i wyglądała takaż męka duszna.
Grobowa się uczyniła cisza, a Blanqui spokojny i łagodny? jak wczoraj, jak zawsze, dobitniejszym jeno głosem i twardszym jeszcze, z błyskiem oczu powiedział, że bitwa tegoż jeszcze dnia po południu się rozegra. Krótkie, ostre wyrazy wcięły się jak noże w serca słuchających.
Nie potrzeba — mówił — zajmować fortu Vincennes. Jest zbyt odległy. Niema najmniejszych widoków ogarnąć stamtąd dzielnicę Saint Antoine. Przeciwnie, spiskowcy udadzą się wprost w dzielnice robotnicze, rewolucyjne do la Villette i Belleville, gdzie od dwu lat trwa już wrzenie, skąd wielu wyszło ludzi czynu i ogół najpodatniejszy jest na artykuły dziennikarskie i słowa mówców. Tam to, na bulwarze de la Villette niedaleko kanału, w pokojowy sposób zawładną powstańcy kasarnią, a raczej bronią oddziału inżynieryi wojskowej. Nie wolno będzie jeszczcze teraz strzelać, ani wogóle