Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/354

Ta strona została przepisana.

Ale jest tu błąd inny, z którego się nie spowiada, bo go nie dostrzega, a tym błędem jest wiara w powodzenie zamachu, atentatu, wogóle czynu jednostkowego w próżni. Zamachem jeno, a przenigdy rewolucyą jest owładnięcie kasarnią, pewnej pięknej niedzieli, gdy wszystko co żyje spaceruje po ulicach, a ci, którzyby wzięli to sobie do serca i wyciągnęli z tego konsekwencye są nieobecni i dowiedzą się o wsżystkiem dopiero na drugi dzień z dzienników. Rewolucyą, jeśli ma się udać, wymaga przedziwnej charmonii i łączności straszliwej wszystkich pierwiastków składowych społeczeństwa. Tłum musi instynktownie wylęgać na ulice, być gotowym złamać każdą przeszkodę. Nie oznacza się dekretem dnia i godziny rewolucyi. Jestto widomy rezultat zgody milczącej wszystkich, ta zgoda decyduje o walce i o zwycięstwie, a ostatnim jeno powodem, ostatnią kroplą jest wtedy przypadek, jakiś fakt drobny, szarpnięcie za struny, już przedtem w akord zestrojone... wtedy rozlegnie się niezawodnie okrzyk tłumu, zabłyśnie stal, rozpęta się huragan sił niezmożonych śniący w ludzkich piersiach.

CLXV.

Rząd, który wyszedł z rewolucyi 4 września był napół rewolucyjny, a to dlatego, że był samozwańczy i z tego tytułu naprzód już był w posiadaniu pewnej części władzy, jaką mu w całej pełni miał nadać plebiscyt. Deputowani paryscy, z których się rząd ten składał milcząco podjęli się ciężkiego zdania organizacyi bytu narodowego i stawienia czoła niebezpieczeństwu. To im przyznano, to stało się faktem nietylko skutkiem oklasków ludności paryskiej, bo ludność ta cie-