Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/364

Ta strona została przepisana.

słowa Juliusza Favra, ministra spraw zagranicznych zawarte w odezwie do Francuzów żyjących na obczyźnie:
„Nie damy sobie wydrzeć ni stopy naszego terytoryum ojczystego, wziąć ni kamienia jednego z murów fortec naszych. Hańbiący pokój, równałby się wyplenieniu nas w krótkim czasie ze ziemi. Straciwszy forty, cofniemy się w szańce i zasieki, wyparci stamtąd, staniemy na barykadach. Paryż może się trzymać przez trzy miesiące i zwyciężyć, gdyby jednak padł, porwie się do boju Francya cała i pomści go. Rozgorzeje nowa, straszna walka i nieprzyjaciel zginąć w niej musi!“
Godzi się na to Blanqui, dodaje jeno do słów: „ni stopy naszego terytoryurn ojczystego... ni kamienia jednego z murów fortecznych...“ jeszcze jedno, mianowicie: „....ni centima kontrybucji wojennej“. Pokój bez wszelkich warunków, albo wojna do ostatniego tchu. Oto cała jego polityka i polityka jego pisma. Współpracownicy Blanquiego, Tridon, Levraud, Regnard, Granger, Verlet i inni dostosowują się do jego życzeń, od pierwszego zaraz dnia zmuszają się do milczenia, ilekroć czują, że stają w sprzeczności z poglądami swymi i samego stronnictwa. Blanqui nie narzuca im swej woli, ale przykład jego działa i rada wystarcza w zupełności. Na dziś tedy wszyscy odkładają sprawy społeczne na potem, łącząc się ku wspólnej obronie ojczyzny.

CLXX.

Tu jest nareszcie Blanqui na swojem miejscu. Co wieczora wstępuje na trybunę klubową, a co rana na drugą, siadając pisać artykuł. Teraz nareszcie wolno mu mówić, mówi tedy i to nieporównanie. Ze słów jego