Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/366

Ta strona została przepisana.

tulońscy obdarzeni wolnością i bronią, wydarli płomieniom całą flotę francuską, a w mieście opuszczonem nie zdarzył się ani jeden wypadek kradzieży. Może w tej chwili zamajaczyli mu przed oczyma duszy owi złodzieje więzienia św. Pelagii, których nauczył czytać, może być, że ich widział, z ogromnym optymizmem i entuzyazmem żądając, by republika rozkuła łańcuchy krwawiące ręce zbrodniarzy, by z jej woli w sercach nieszczęśliwych powstały z martwych radość i nadzieja, a wraz z nimi urodzi się niezawodnie poczucie solidarności, miłości ojczyzny i wszystkie ockną się dobre instynkty. Domaga się mocy i sprawiedliwości, a wszędzie i na każdem miejscu podkreśla swą myśl przewodnią: „Nie zapominajmy, że może jutro już poczniemy walczyć nie w obronie rządu, nie w obronie interesów kasty jakiejś, lub stronnictwa, nawet nie za honor, zasady, ideje, ale poczniemy poprostu wydzierać sobie z wrogiem rospacznie to, co jest życiem samem, to, bez czego oddychać nie można, to co stanowi samą istotę człowieka w najwyższej jej manifestacyi, poczniemy walczyć o istnienie naszej ojczyzny!“.
I kończy:
A w cóż obrócimy się jutro, gdy Francya przestanie istnieć?

CLXXI.

Blanqui nie przestaje pisywać ni na chwilę swych artykułów o obronie Paryża. Ale słowa jego są jena wyrazem tego co czuje ludność. Jest tłumaczem jej uczuć, to co pisze powtarzają grupy ludzi na ulicach, takie toczą się wieczorami rozmowy w pomieszkaniach.