Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/376

Ta strona została przepisana.

wiedziała o kandydacie. Widocznem jest tedy zdziwienie na widok tej białej głowy, wszystkich zdumiewa słaby głos, tego, zda się, widma gdzieś z zakamarków historyi wypełzłego i trzeba dopiero przemowy prezydującego zgromadzeniu szefa, by go obrano, trzeba dopiero opowiadać, jaką tradycyę rewolucyjną ma za sobą kandydat, jaka w nim jest utajona siła. Ale też po tej interwencyi Blanqui zostaje przez aklamacyę z entuzyazmem wybrany komendantem 169 batalionu, a nazajutrz już ma odznaki mu przynależne, kepi z galonem na głowie i szablę przy boku.
W takim stroju znajduje się dnia 15 września w klubie w sali Faviera w Belle-Ile u samych bram rozgorączkowanego przedmieścia. I tu znowu oświadcza, że chce z wszystkich sił popierać rząd, prowadzi też dysputę z artykułem „Sièclu“, chce bronić miasta do ostatniego tchu, ale mówi, że nie będzie wszystkiego pomijał milczeniem, bo sprzyjałoby to jeno pozornej, powierzchownej akcyi obronnej, przeciwnie, jak z roli jego wypada, będzie sygnalizował każdy błąd, przewidywał każde niepowodzenie i naglił do czynu ospałych.

CLXXV.

Ostatnie dni września, począwszy od osaczenia stolicy schodzą Blanquiemu na tych usiłowaniach, na próbach ciągłych, by dać się poznać, zmusić sfery decydujące, by go usłuchano i zrozumiano. Wieczorem tylko spoczywa trochę w mieszkaniu Sourda, ale zrywa się zaraz szybo i wychodzi. Od samego ranka chwyta wieści, zajmuje się sprawami swego batalionu, jest w ciągłym ruchu na przestrzeni od wałów miejskich do me-