Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/380

Ta strona została przepisana.

popełnia jeden nonsens po drogim. Dygnitarzom wojskowym dziwnem się wydać musiało i nieprawdopodobnem, by oto tak nagle przejawił się w Blanquim geniusz strategiczny i oile wogóle zwracali nań uwagę to bez względu na stopień wszyscy z góry do dołu musieli z politowaniem patrzeć na „cywila“, który się wtrącał i twierdził, iż zna się na sztuce, której oni byli uznanymi, patentowanymi przedstawicielami. Ale wśród przyjaciół Blanquiego nieustanny panował zachwyt, a zarazem gorycz i złość na widok, że ta gorączka, że ten talent i zapał marnieje i nie może w żaden sposób ogarnąć i natchnąć całego miasta. Toteż mowy niema o tem, by redaktor naczelny „la Patrie en danger“ utracił wszelki kontakt z ludnością, by nie miano się przekonywać w stolicy co dnia, z każdego artykułu, że oto żyje człowiek pełen genialnych pomysłów i gotów do działania.
Po trzech dniach, pierwszego października dzięki wspólnym wysiłkom przyjaciół, dziennik na nowo się ukazuje. Jestto coprawda tylko jedna kartka, ale formatu dużego i kosztuje 10 centimów.

CLXXVII.

„Kwestya życia i śmierci!“, — tak napisał Blanqui u wierzchu pierwszego artykułu, wziąwszy znów po trzech dniach pióro do ręki. Pierwsze to jego odezwanie się w tonie pogróżki.
„Oszczerstwo rozwielmożniło się, jak w roku 48 — pisze. — Wiemy co to znaczy, to wstęp, to pierwszy stopień na szafot to przygrywka proskrypcyj masowych. A co słychać z obroną miasta? Jedno kłamstwo, jedna obłuda. Paryż nigdy, ani przez chwilę naprawdę bro-