Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/394

Ta strona została przepisana.

wszyscy, mężczyźni, kobiety i dzieci. Wszyscy wołali z pasyą na różne tony: Nie poddamy się!
Ktokolwiek pamięta te czasy musi mieć pełne uszy i pełną duszę tego okrzyku, więc też dziwić nie powinniśmy, że wieczorem, dnia 31 października ruszył do ratusza pochód ogromny i płynął przez godziny całe ulicami. Byli tam mężczyźni, kobiety, dzieci, szczękała broń, grzmiały głosy, tętniły przyspieszone kroki po oślizłym od deszczu trotoarze. Tłum parł naprzód, a wszystkie serca rozpierało jedno jeno pragnienie: Ocalić Paryż!
I widzę plac przed ratuszem zalany czarnym tłumem, nie zapomnę nigdy tego wieczora ciepłego, tego deszczu, tych świateł, bijących o szyby i korowodu nieustannego batalionów. Pamiętam też dotąd, jakie drżenie przebiegło, jakie falowanie te masy zbrojne, gdy około szóstej rozeszła się wieść, że Blanqui wszedł do wnętrza, zajął ratusz i wydaje roskazy. Wróciły zda się czasy 1848 roku. To samo nazwisko śmiałka co 22 lata wstecz i tłum ten sam, tą samą ożywiony nadzieją, wiedziony tymże instynktem walczenia ze złem. Ale o ileż piękniejszą od wszelkiej „historyi“ była ta rzeczywistość, o ileż bardziej chwytała za serce, jak najlepsza książka, ileż mieściło się w niej niepewności, jaka moc owego nieznanego, skrytego w ciemni, w dali tajemniczej, skąd ciągle dochodził odgłos walki.

CLXXXIV.

Blanqui istotnie wkroczył do ratusza, gdy go jeno poinformowano, co się stało. Nie było nic prostszego jak dzień 31 października. Ogromna masa ludności, roz-