Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/422

Ta strona została przepisana.

gdy Juliusz Favre i generał Trochu są wszystkiem, a są po to, by zgubić wszystko, słuchając frenetycznych oklasków owej demokracyi, na której się wszyscy tak oszukali, tej głupiej, bezsensownej halastry demagogów, z której sądzono, że wykwitną nowe siły zdolne rządzić. I cóż miał za pociechę z tego, że wołał co dnia, że krzyczał tłumom niesłuchającym go, że są same wielkim władcą, a nie ci, których codzienna apoteoza okrywa hańbą cały naród? Nareszcie pewnego dnia nie mógł się nawet wypowiedzieć, a to dlatego, że nie miał za co kupić kawałka papieru, na którymby można wydrukować, co myśli... Teraz pozostawało już tylko umrzeć, i to bez celu, potrzeby i pożytku... zginąć wraz z ginącą ojczyzną. Ach! jeśli naprawdę istnieje piekło, to pewnie potępieńcy mają tam życie podobne do życia Blanquiego“.

CXCVI.

Po zniknięciu dziennika, po przymusowem zamilknięciu Blanqui stał się jeno jednostką w tłumie, równie bezsilną, jak ci wszyscy czekający hasła do czynu w niepokoju, w gniewie, czy też rezygnacyi i bezwładzie. Ale o ileż cierpi bardziej on, który losu tego przyjąć nie jest w stanie bez męki, który ma całą świadomość swego bólu, czuje każde ukłucie. Myśl jego rozpaczliwie czynna, ciągle maluje okropności jutra, odgaduje je, widzi, jak krok po kroku, cicho zwolna, ale bez przerwy kroczy śmierć. Paryż okryty całunem śniegu, zdrętwiały leży w grobie, nadchodzi wieczysty sen, z którego niemasz przebudzenia. Wokoło miasta-umrzyka huczą działa niemieckie i działa fortów, a to dudnienie monotonne, od którego drży zimowe powietrze, to głę-