Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/460

Ta strona została przepisana.

Natężał słuch, te głosy dalekie chwytając, a oni rozmawiali o tem, po czemu będą się sprzedawać jakie gatunki ryb, śmiali się, albo wolno, miarowo śpiewali. Patrzył pogodnym wzrokiem za tymi prostymi, szczęśliwymi ludźmi, a i oni musieli widzieć jego białą głowę pomiędzy szablami żołnierzy.
Rybacy ci, to ludzie tej samej rasy, niemal nawet tacysami, jak wieśniacy spotkani na stacyach od Rennes do Gruingamp i Morlaix. Taksamo są nieświadomymi niewolnikami, ofiarami fatalizmu przyrody i stosunków społecznych, o których nic nie wiedzą. A z pozoru tak są wolni. Polityk pracuje dla tych ludzi, ale nie pyta, czy tego chcą. A może rybak taki oto jest zadowolony ze swego losu, nie pragnie niczego więcej i nawet bez grozy lufy karabinowej z nieufnością, pospiesznie oddaliłby się od miejsca, gdzie przebywa ponury geniusz czynu, co chce zmienić losy ludzkie, bez ich woli.
Więc może lepiej było żyć jako ci rybacy?
Więc może trzeba było nie rzucać się w ten czyn, nie rozpoczynać pod złą wróżbą podróży, nie nocować też w karczmie niepokoju tyle, tyle razy. Może szkoda tak strasznych wysiłków, bo rezultat niepewny.
Nie! Nie! Mijają chwile zwątpienia. Nikną myśli czarne, wywołane tak jasnem, tak barwnem zjawiskiem rybak a bretońskiego na morzu, człowiek co w piersiach nosi religię czynu, zbiera się w sobie, rad nawet tym wątpliwościom bo one mu świadczą, że jest istotą wyższą nad fatalistyczną rezygnacyę ogółu, że mógł i może wybierać drogi swego życia.

CCXVII.

Szuka kryjówki przed życiem, chce ujść brutalizmowi rzeczy zewnętrznych, zasadzek wrogów, grożą-