Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/468

Ta strona została przepisana.

zamarłe, ożyją i choć długą była noc, rozpłomienieją znów w jednej chwili jak od piorunu....“
I mówi o niezmiernych tłumach gwiazd zmarłych, co się potrącają wzajem po ciemni i tłoczy się to wszystko w przestrzeni, jak na niezmierzonem pobojowisku miliardy nieskończone mil rozległem, a jednak ani na sekundę nie przestają działać prawa natury, masy stałe zamieniają się w gazowe i ulegają znów grawitacyi, mgławice wirują koło własnych osi, tworzą się centra nowe, światy odżywają i znów giną, a materyi nie przybywa, ani nie zbraknie nigdy. Blanqui opowiada dzieje materyi, która nie mogła wyjść z nicości i mgławic, na których istnienie składały się ogromne wieki.

CCXXIII.

Czytając to wnikamy, zda się, w bezmiary czasu, wśród których rozgrywają się te ogromne dramaty, opowiedziane w ciągu minuty. A czas ten nie da się w nieskończoności nawet odnaleść, jest niczem, podobnie jak gwiazda w całokształcie gwiazd jest nicością. Śmierć i odnowa są jednocześnie niezliczone i ciągłe, a zarazem niezmiernie rzadkie, zależnie od tego, czy patrzymy we wszechświat, czy w mały jego fragment. Dowodem niech nam będzie zwykły aerolit, który w przelocie przez naszą atmosferę zapala się i rozpryskuje na miazgę. Tak samo z ruchu przeistoczonego w ciepło powstać mogły słońca. Pojmiemy to, gdy uświadomimy sobie zjawisko wspomniane jako przykład prawa ogólnego, a ciągłość i stałe następstwo takich faktów jako warunki samego życia.
To ustawiczne mieszanie się ze sobą ciał różnych