Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/477

Ta strona została przepisana.
CCXXIX.

Trzykrotne więzienie Blanquiego zaznacza trzy okresy w jego umysłowem życiu. Nigdy cały nie był w niewoli, duchem wylatał poza kraty, wysoko, tam, skąd nie widać i szczytów wież cytadeli, na wyżyny się unosił marzeń o nieskończoności. Ale za każdym razem był odmienny.
W Mont Saint-Michel jestto przywódca stronnictwa, toczy bój o sprawy społeczne, otaczają go ludzie spółcześni, rodacy, cały jest oddany polityce.
Na Belle-Ile en Mer, spogląda poza fakty dzisiejsze, w tonie historyi, ponad głowy zjawisk wpatruje się w rzeczy nieznane. Bada ziemię.
We forcie du Taureau unosi się ponad wszystko co wzrok ćmić może, opuszcza mały błotnisty glob ziemski, rzuca się śmiałym ruchem w bezdenną przestrzeń, spogląda w tonie wszechświata.

CCXXX.

Napisawszy ostatnie słowo, szuka Blanqui innego zajęcia i przygotowuje się do przepędzenia zimy na skale ponurej, wśród huraganów i deszczów. Nadeszły już długie wieczory, światła zapalają wcześnie, a latarnia morska, niby olbrzymia nocna lampa rzuca w wilgotną, mętną atmosferę mdłe połyski. O jej szyby obija się skrzydłami, dziobem, szponami ptactwo morskie. Czasem w oszołomieniu spuszcza się nawet w ciemną głąb podwórza, na dnie którego za szybą połyskuje lampa Blanquiego i chwieje się smutny cień więźnia. Ale nie są to jaskółki, co zataczają misterne łuki w powietrzu