Strona:Gustaw Geffroy - Więzień.djvu/483

Ta strona została przepisana.

wąskie, niby szczelina okno okratowane. Mało tam było bardzo powietrza i światła. Zazwyczaj nie dłużej tam przebywa więzień, jak parę dni, Blanqui przesiedział ośm miesięcy. Blisko niego siedział Fontaine, były zarządca domen czasu Komuny. Ale ani myśleć o porozumiewaniu się, nawet z siostrami widywać mu się nie zawsze, a z początku prawie wcale nie pozwolono. Tutaj to spędził zimę, po całych dniach, po całych wieczorach czytając i pisząc, dwa razy dnia jeno wychodząc na krótką przechadzkę. Gdy było bardzo zimno nie wstawał z łóżka i naciągał jeszcze na głowę czapkę, pisywał zaś przeważnie obrócony plecami do słońca.
Zła to była zima. Przypomniały mu się wszystkie cierpienia i dolegliwości fortu du Taurean, a także czuł uderzenia krwi do głowy. To go też nawet uratowało, bo gdy w lutym 1873 wysyłano wielką partyę skazańców do Nowej Kaledonii i chciano koniecznie włączyć do niej Blanquiego, trzech lekarzy sprzeciwiło się, stwierdziło u starca zwapnienie tętnic, częste zaburzenia w obiegu krwi, zaduszania i wszyscy razem oświadczyli, że zesłanie jest niemożebne, o ile świetny rząd nie chce dobić delikwenta.

CCXXXV.

Przez cały ten rok 1873 siły go opuszczały coraz bardziej i zdrowie się psuło. Całą wolą, wszystkim ostatnim wysiłkiem bronił się chorobie. Każdy zbliżający się atak, wedle swej wypróbowanej metody odpierał dyetą, a chwile lepsze obracał na czytanie i robienie notatek. Próbował też dowiadywać się, co słychać w świecie nauki z „Revue Scientifique“, a co w po-